04/29/2026 | Press release | Distributed by Public on 04/29/2026 02:41
Tekst: dr Andrzej Głowacki
Po panelach poświęconych przemysłowi obronnemu i technologiom wojskowym mam jeden główny wniosek: Polska ma dziś wyjątkową szansę, ale też bardzo łatwo może ją zaprzepaścić, jeśli programy obronne potraktuje wyłącznie jako zakupy sprzętu.
Najczęściej powracającym pojęciem był program SAFE - Security Action for Europe, czyli Instrument na rzecz Zwiększenia Bezpieczeństwa Europy. To unijny mechanizm pożyczkowy, którego celem jest wzmocnienie zdolności obronnych państw członkowskich i europejskiego przemysłu zbrojeniowego. Dla Polski wskazuje się tu kwotę 43,7 mld euro.
Podczas panelu "Europejski przemysł obronny" Magdalena Sobkowiak-Czarnecka, pełnomocnik rządu ds. SAFE, zwróciła uwagę, że na rynku obronnym pojawił się nowy gracz: Unia Europejska. To ważna zmiana. Przez lata bowiem myślenie o zakupach wojskowych było przede wszystkim domeną poszczególnych państw. Dziś Europa próbuje budować wspólną skalę, wspólne zamówienia i wspólną bazę przemysłową.
Nie wystarczy być dużym beneficjentem środków. Dużo ważniejsze jest to czy Polska zbuduje dzięki nim zdolności, które zostaną w gospodarce: produkcję, serwis, modernizację, kompetencje inżynierskie, oprogramowanie, integrację systemów, eksport i własne zaplecze badawczo-rozwojowe.
Jedną z mocniejszych wypowiedzi podczas EEC była opinia Jacka Siewiery, byłego szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego. W jego wystąpieniu mocno wybrzmiała historyczna perspektywa bezpieczeństwa Europy. Przypomniał, że kontynent europejski zna wojnę lepiej, niż chciałby dziś pamiętać, a powojenny ład gospodarczy i polityczny przez dekady opierał się także na założeniu, że zasadniczy ciężar bezpieczeństwa ponoszą Stany Zjednoczone.
Płk Jacek Siewiera zwrócił uwagę na konieczność europejskiej jedności oraz realnego spojrzenia na koszty odstraszania, także w wymiarze nuklearnym. W tle tej dyskusji pojawiał się wzrost potencjału Chin, tradycyjna dominacja USA i Rosji w obszarze broni jądrowej oraz ograniczony potencjał europejskich mocarstw nuklearnych. To była jedna z tych wypowiedzi, które wyprowadzają rozmowę o przemyśle obronnym poza prosty schemat: kupić, dostarczyć, rozliczyć.
W tym samym panelu Adam Leszkiewicz, prezes Polskiej Grupy Zbrojeniowej, mówił o wyzwaniu współpracy PGZ z polskimi prywatnymi podwykonawcami i europejskimi producentami uzbrojenia. Wypowiedź ta dotyka sedna problemu. PGZ powinna pełnić rolę integratora krajowego potencjału obronnego, ale integrator nie może działać w izolacji. Musi umieć włączać prywatne firmy, start-upy, uczelnie, centra badawcze, producentów komponentów i partnerów zagranicznych.
Bez tego "local content" pozostanie pustym hasłem, a nie realnym udziałem polskiej gospodarki w cyklu życia uzbrojenia.
Panel "Przemysł obronny" przyniósł kilka bardzo konkretnych obserwacji. Gen. Mieczysław Bieniek rozpoczął wypowiedź żartobliwie, mówiąc, że generałowie są często przygotowani do wojny, która już była. To zdanie okazało się bardzo trafnym otwarciem dyskusji o zmianie charakteru współczesnego pola walki.
Dzisiejsza wojna to integracja rozpoznania i rażenia. Czołgi pozostają "ciężką pięścią", artyleria "długim ramieniem", ale drony stały się "oczami i precyzyjnym sztyletem". Tego rodzaju metafora jest potrzebna, bo dobrze pokazuje zmianę nie tylko technologiczną, lecz także organizacyjną i ekonomiczną.
Drony skracają czas między wykryciem celu a uderzeniem. Obniżają koszt wielu działań bojowych. Zwiększają znaczenie danych, łączności, automatyzacji i szybkiej produkcji. Jednocześnie wymuszają rozwój systemów antydronowych, walki radioelektronicznej i nowych modeli szkolenia.
W panelu "Wojna i technologie" mocno wybrzmiał właśnie ten wątek: bezzałogowe systemy, cyberprzestrzeń, orbita okołoziemska, satelitarne rozpoznanie, sztuczna inteligencja i technologie cyfrowego pola walki. Polska, jako kraj na zapleczu wojny w Ukrainie, nie może traktować tych zagadnień jako abstrakcyjnych trendów. - To są technologie, które już zmieniły sposób prowadzenia działań wojennych.
Szczególnie istotna jest ekonomizacja wojny. Jeżeli relatywnie tani dron może oddziaływać na sprzęt wart miliony euro, to przemysł obronny musi myśleć nie tylko kategoriami wielkich platform, lecz także kategoriami skali, powtarzalności, kosztu jednostkowego, tempa produkcji i możliwości szybkiej modyfikacji.
To powinno być impulsem dla polskiego sektora badawczo-rozwojowego. Niestety, podczas dyskusji krytycznie oceniano niski poziom nakładów na rozwój technologii i R&D w przemyśle zbrojeniowym. Jeżeli Polska chce być poważnym graczem, nie może ograniczać się do zakupu licencji lub gotowych systemów. Musi rozwijać zdolność zarządzania technologią.
Oznacza to projektowanie, integrację, testowanie, produkcję, serwis, modernizację, ochronę danych i możliwość modyfikacji systemów bez nadmiernej zależności od zagranicznych dostawców.
Najbardziej postulatywny charakter miał panel "Sektor prywatny w produkcji dla obronności". To tam najmocniej wybrzmiał problem relacji między sektorem państwowym a prywatnym. Z jednej strony istnieje duże zainteresowanie przedsiębiorców współpracą z sektorem obronnym. Z drugiej strony firmy prywatne napotykają bariery: koncesje, certyfikaty, procedury, finansowanie i ograniczony dostęp do projektów strategicznych.
W dyskusji pojawiła się potrzeba "przewrotu kopernikańskiego" w relacjach między tymi sektorami. To trafne określenie. Polska gospodarka przez ostatnie 35 lat rozwijała się dzięki przedsiębiorczości, elastyczności i zdolności adaptacji. Trudno więc budować nowoczesną obronność bez pełnego wykorzystania tego potencjału.
Prof. Jerzy Hausner zwracał uwagę na znaczenie produktów dual-use, innowacji, sztucznej inteligencji, produktywności gospodarki i zdolności eksportowych. Szczególnie ważna jest teza, że zakupy importowe dla wojska nie budują wystarczającej siły gospodarczej, jeśli kraj nie ma równolegle zdolności do eksportu własnych produktów obronnych.
To prowadzi do kluczowego pytania: czy polski przemysł obronny będzie tylko zaspokajał potrzeby krajowych sił zbrojnych, czy stanie się także istotnym eksporterem?
Podczas debat pojawiła się informacja, że eksport stanowi obecnie około 15 proc. produkcji, z czego większość trafia do Ukrainy. Ambicją powinno być dojście do poziomu około 40 proc. eksportu. Taki kierunek jest konieczny, bo bez eksportu trudno osiągnąć skalę produkcji, stabilność zamówień, międzynarodową rozpoznawalność i presję na innowacyjność.
Drugim, równie ważnym obszarem jest serwis. Cena zakupu sprzętu to tylko część całkowitych kosztów. Znaczna ich część (ok. 70 proc.) pojawia się później: w utrzymaniu, obsłudze, częściach, naprawach, modernizacji, szkoleniach i oprogramowaniu. Jeżeli Polska nie zabezpieczy tych kompetencji w umowach i w krajowym przemyśle, pozostanie zależna od dostawców zewnętrznych przez cały cykl życia sprzętu.